Bańkowice mydlane

 

Jadę sobie koleją, a tu nagle – przystanek.
Patrzę, napis na słupie: „BAŃKOWICE MYDLANE”.
W Bańkowicach Mydlanych aż się roi od baniek.
Wszyscy bańki puszczają – i panowie, i panie.

W cienkie słomki dmuchają wszystkie dzieci i niańki
–nic innego nie robią, tylko bańki i bańki.
Siedzi dziadek na skwerku, pyka sobie z fajeczki –
wylatują z fajeczki kolorowe banieczki.
Stoi trębacz na wieży, dmucha w trąbkę z zapałem –
lecą bańki mydlane z trąbki razem z hejnałem.
Straż pożarna pompuje wodę z miejskiej sadzawki –
lecą bańki pod niebo ze strażackiej sikawki.
Żaden komin w miasteczku brudnym dymem nie dymi –
dymią wszystkie kominy banieczkami ślicznymi.
Stoi pociąg na stacji Bańkowice Mydlane,
a ja myślę: – Wysiądę! – i trę oczy zaspane.
Nagle co to? Gdzie napis? Czyżby farba odprysła?
Napis gdzieś się zagubił, ja się gubię w domysłach…
…Bańkowice Mydlane?… Było miasto i prysło,
więc go szukam na mapie nad Notecią, nad Wisłą.
Przewodniki wyciągam i zaglądam w skorowidz.
Miasto prysło jak bańka – nie ma wcale Bańkowic.

W.Chotomska